
Wypędzona z pamięci. O Róży Luksemburg
Marek S. Bochniarz
Przełomowa biografia Domem moim jest cały świat, którą w listopadzie tego roku oddała w ręce czytelników Weronika Kostyrko, przywraca w Polsce pamięć o Róży Luksemburg. Autorka prezentuje wiele, dotąd w naszym kraju nieznanych i niepopularyzowanych wyników badań i najnowszych ustaleń historyków. Obala również komunistyczne mity o najsłynniejszej postaci, która urodziła się w Zamościu. A że to porywająca lektura – ma szansę zachwycić szerokie rzesze czytelników, być może stając się z czasem pozycją wręcz kultową.
Marek S. Bochniarz: Dlaczego chciała Pani napisać książkę o Róży Luksemburg?
Weronika Kostyrko: Na początku lat 90. – pracując w Niemczech jako korespondentka „Gazety Wyborczej” – przekonałam się, że ona jest tam cały czas obecna, żywa i bardzo dobrze znana. I to nie tylko w Niemczech, ale w ogóle na Zachodzie. W Polsce Róża Luksemburg wydaje się nawet nie tyle zapomniana, ile wymazana, wypędzona z pamięci.
Próbowałam zrozumieć to zjawisko i powody, dla których pamięta się o niej na całym świecie. Bo poza zachodnią Europą Róża jest dobrze znana w Ameryce i w Azji, wcale nie tylko w rządzonych przez partię komunistyczną Chinach. Cały czas powstają o niej nowe książki. Jest ikoną demokratycznej lewicy.
Udało się Pani dokonać w tej książce demistyfikacji wielu fałszywych informacji o Luksemburg, powtarzanych przez kolejnych autorów.
Narosło sporo mitów wokół Róży, bo stała się ona męczennicą socjalizmu po tym, jak została wyjątkowo brutalnie zamordowana. Kilka rzeczy udało mi się wyprostować. Nie wszystko da się jednak udowodnić.
Jest na przykład rozpowszechnione przekonanie, że z Cesarstwa Rosyjskiego musiała ona uciekać przed aresztowaniem z powodu działalności socjalistycznej. Ale wydaje mi się, że jest to legenda. Szukałam w źródłach dotyczących ówczesnego ruchu socjalistycznego jakiejkolwiek wzmianki o Róży Luksemburg – jest tylko jedna, we wspomnieniach Ludwika Kulczyckiego. Napisał, już po latach, że sympatyzowała z Drugim Proletariatem. Ale co to znaczy, że „sympatyzowała”? Czy konspirowała, czy może uczestniczyła w składkach i loteriach, które organizowano na rzecz działalności socjalistycznej? Starałam się dowiedzieć, jak wyglądały wtedy działalność i praktyka ugrupowań socjalistycznych. Przekonałam się, że były bardzo nieliczne i głęboko zakonspirowane. Wydało mi się niewiarygodne, żeby gimnazjalistka z żydowskiej rodziny konspirowała w wąskim gronie studentów szkoły handlowej Kronenberga, którzy założyli Drugi Proletariat. Byli to sami mężczyźni, starsi od niej o dobrych kilka lat. Moim zdaniem nastoletnia Róża nie miała kontaktów mogących ją doprowadzić do takiego środowiska. W jej rodzinie nie było żadnych socjalistów.
Wydaje mi się, że wyjechała do Zurychu, bo chciała się uczyć. Była bardzo zdolna, a w Warszawie wyczerpała już wszystkie możliwości edukacji, jakie miały kobiety. W nowszych biografiach niemieckich można znaleźć informację, że posługiwała się paszportem wydanym w Warszawie przez carskie władze. Był on potrzebny tylko do tego, aby przekroczyć granicę rosyjsko-niemiecką. Wyjechała więc legalnie, używając właśnie tego paszportu. Dlatego wydaje mi się, że barwne legendy o tym, że uciekała na plecach Marcina Kasprzaka albo ukryta pod sianem na furce jakiegoś księdza – to historie dopisane już po jej śmierci.
Rozdział poświęcony rodzinie Róży Luksemburg i Zamościowi był dla mnie szczególnie cenny, bo pochodzę z tego miasta. Dopiero po wyjeździe na studia dowiedziałem się, że ona właśnie tu się urodziła – i byłem bardzo tym zaskoczony.
Ja mogłam skorzystać z wyników kwerendy, którą przeprowadziło dwóch badaczy z niemieckiej Fundacji Róży Luksemburg. Dwa lata temu Holger Politt i Krzysztof Pilawski wydali niewielką książeczkę po niemiecku o tym, czego można się dowiedzieć o jej rodzinie z polskich archiwów. W zachodnich biografiach tych faktów brakuje bądź podawane są mylne informacje. I tak upada powtarzana w różnych publikacjach legenda o tym, że ojciec i dziadek Róży pomagali Polakom walczącym w powstaniu styczniowym. Ich historia była inna, choć nie mniej dramatyczna.
Podaje Pani bardzo ciekawe fakty, która ustaliła badaczka historii Zamościa, Ewa Lorentz, dotyczące fałszowania informacji o miejscu urodzenia Róży przez władze PRL-u. Opisuje też Pani usunięcie tablicy upamiętniającej jej urodziny w podcieniu kamienicy przy ulicy Staszica 37, skutej nocą z 12 na 13 marca 2018 roku na polecenie ówczesnego wojewody Przemysława Czarnka.
Pisząc książkę, byłam dwukrotnie w Zamościu. Tam łatwo rozpoznać miejsce, z którego została skuta tablica pamiątkowa – została jaśniejsza plama w tynku. Za każdym razem widziałam na nim napis kredą „Różę pamiętamy!”. Nie wiem, kto to robi, ale to budujące.
Ja pamiętam dość przygnębiający widok przerwanego remontu niszczejącej kamienicy przy ulicy Kościuszki 7a, a więc prawdziwego miejsca urodzin Róży.
Dom Róży obudowano rusztowaniami, ale widać, że zostały postawione już wiele lat temu. Te rusztowania już się właściwie rozpadają. Próbowałam na miejscu dowiedzieć się czegoś o losach tej kamienicy. Ustaliłam, że miała zostać przerobiona na hotel, ale kupiec musiał się chyba inwestycyjnie przeliczyć. Jest to własność prywatna, niedostępna i niemal całkowicie zasłonięta.
Cytuje Pani fragment XIX-wiecznych wspomnień warszawianki Pauliny Wilkońskiej zatytułowanych Moje wspomnienia o życiu towarzyskim na prowincji w Kongresówce, która pisała: „Miasto kiedyś musiało być ładne, w stylu włoskim budowane – dziś zrujnowane, zszarzane, zżydowione, zabłocone”. Czyli Róża Luksemburg przyszła na świat w już mocno podupadłym Zamościu.
Tak – przyszła na świat w Zamościu, który był cieniem idei jego założyciela, Jana Zamoyskiego. Miał być renesansowym miastem idealnym, z rozbudowanym programem – nie tylko architektonicznym, ale i ekonomicznym, intelektualnym, społecznym. Ta utopia jednak upadła pod różnymi ciosami historycznymi, zarazami, wojnami. Ważnym powodem był niedostatek kapitału po śmierci założyciela; bo duże pieniądze były potrzebne, by idealne miasto utrzymać.
Cytat z Wilkońskiej oddaje przy tym spojrzenie „pani z Warszawy” na Zamość. Mierzy ona upadek miasta „zżydowieniem”. Pobrzmiewa w tym antysemityzm, obecny w życiu Róży Luksemburg właściwie na każdym etapie. Konfrontowała się z nim całe życie.
Choć w Zamościu spędziła tylko trzy lata, to mnie on zaintrygował, bo w zamierzeniu Zamojskiego był społeczną utopią. A Róża też poświęciła życie utopijnej idei. Obie te utopie się jednak nie zrealizowały. Choć Zamość przeżywał na początku lata rozkwitu, to dość prędko przestał być miastem ożywionej, wielokulturowej wymiany, jakim miał być w założeniu Zamojskiego.
Gdy szukałem polskich publikacji o Róży Luksemburg, natrafiłem na wydaną w 1976 roku książeczkę napisaną przez Aleksandra Kochańskiego, utrzymaną według Pani „w propagandowym stylu szkolnych czytanek”. Potem bardzo długo nic, aż raptem rok temu nakładem wrocławskiej Oficyny Wydawniczej ATUT ukazała się Róża Luksemburg Katarzyny Gelles. Znalazłem o niej tylko dwie opinie na portalu Lubimy Czytać – jedną bardzo pozytywną, drugą negatywną. Co Pani mogłaby o niej powiedzieć?
Ta książka nie miała w ogóle reklamy i poza portalami internetowymi praktycznie żadnych recenzji. A przecież to pierwsza napisana po polsku naukowa biografia Róży Luksemburg! Długo pracowałam nad moją publikacją w przekonaniu, że nikt takiej książki nie pisze. Korzystałam niemal wyłącznie z monografii niemieckich i angielskich.
Róża Luksemburg Katarzyny Gelles to biografia polityczna; jej wrocławska autorka jest politolożką, która zajmuje się Niemcami. Książka spełnia rygory pracy akademickiej – i to jest jej siłą, bo została starannie obudowana przypisami. Wydaje mi się także naukowo obiektywna, wolna od wszelkiej publicystyki. Nie obejmuje jednak różnych obszarów życia Róży. Tylko w niewielkim stopniu wykorzystuje na przykład prywatną korespondencję. Zaskoczyło mnie również, że nie uwzględnia odkryć archiwalnych opublikowanych przez niemieckich badaczy, o których wspominałam. Być może te prace minęły się w publikacji?
Myślę, że nasze książki dobrze się uzupełniają i warto czytać je razem. Moja jest „reporterska” – zawiera różne wątki, na które nie ma miejsca w publikacji naukowej. Sporo uwagi poświęciłam na przykład emancypacji Róży Luksemburg, również w życiu osobistym – tego, jak emancypowała się w swoich związkach miłosnych, jak walczyła o niezależność i podmiotowość. Piszę o jej intensywnym przeżywaniu natury. Opowiadam więcej o emocjach, o człowieku.
Wspomina Pani, że biografię Róży Luksemburg pisał też dyrektor Żydowskiego Instytutu Historycznego, Feliks Tych, ale jej nie ukończył. Co się stało?
Tych zajmował się Różą przez wiele lat w PRL-u, gdzie Luksemburg nie była wcale dobrze widziana z powodu jej zasadniczego sporu z Włodzimierzem Leninem o demokrację i wolność słowa. Jest autorem jej obszernego biogramu w Polskim słowniku biograficznym dostępnym w internecie. Miał ogromne zasługi dla publikowania dotyczących Róży źródeł. Opracował na przykład trzy tomy jej Listów do Leona Jogichesa-Tyszki, solidnie obudowując je wstępem, przypisami i komentarzami1. To znakomite źródło historyczne, z którego często korzystałam. Słyszałam, że pod koniec życia pisał jej biografię – i po prostu zmarł.
Tych zajmował się historią ruchu robotniczego i działał w strukturach partyjnych, ale jak się dzisiaj czyta jego książki, to bardzo odbiegają one od standardu pisania o historii w czasach PRL-u. Są nieideologiczne i ciekawe, przez co i dziś bywają wznawiane nie tylko w Polsce. Wraz ze Stanisławem Kalabińskim napisał znakomitą książkę o rewolucji 1905 roku, zatytułowaną Czwarte powstanie czy pierwsza rewolucja2. Często się do niej odwołuję, bo rewolucja 1905 roku była bardzo ważna i w życiu Róży, i dla jej myśli, teorii politycznych. A Tych ją opisywał w barwny, żywy, wieloaspektowy, nieschematyczny sposób.
Bardzo żałuję, że jego biografia Róży ostatecznie nie powstała. Ale może gdyby się ukazała, to nie napisałabym swojej książki? Trochę więc żałuję, a trochę z tego korzystam.
We wstępie pisze Pani o poszukiwaniach niemieckiego lekarza Michaela Tsokosa, który w 2009 roku w warszawskim Archiwum Akt Nowych przeglądał zielniki Róży Luksemburg. Leżały sobie w zbiorach i niemal nikt o nich nie wiedział.
W niemieckiej prasie przeczytałam, że profesor Tsokos dowiedział się przypadkiem o ich istnieniu. Podobno zielniki nie były wtedy nawet ujęte w katalogach Archiwum Akt Nowych. A w Berlinie odnaleziono wówczas zwłoki, które mogły być ciałem Róży Luksemburg. Tsokos szukał w zielnikach włosa do badań DNA. W Niemczech pisało o tym wiele gazet, i to bynajmniej nie bulwarowych.
Skontaktowałam się z profesorem Tsokosem jedenaście lat później, by zapytać go, czy nadal wierzy, że tamto ciało, odnalezione w podziemiach kliniki uniwersyteckiej, należy do Róży Luksemburg. Odpisał mi jednak, że już ten temat zamknął, bo oskarżano go o szukanie sensacji. Zaznaczył, że nie udało mu się udowodnić, że to była Róża, bo nie znalazł materiału genetycznego do porównania. Ale nikomu nie udało się też udowodnić, że to nie jest jej ciało. Pochowano je jako NN.
Jak Pani myśli, dlaczego w Polsce tak ciężko jest pamiętać o Róży Luksemburg?
Przylgnęło do niej określenie „przeciwniczka niepodległości Polski”. To najgorsze, co można w Polsce o kimś powiedzieć! Cztery lata temu w oficjalnym przemówieniu wicepremier Piotr Gliński nazwał wręcz Różę Luksemburg „symbolem polskich zdrajców”. Wynika to z nieporozumienia, do którego odnoszę się w książce. Róża była przeciwniczką wszelkich ruchów i państw narodowych, które na przełomie wieków formowały się w Europie. Sprzeciwiała się dążeniom PPS-u do wciągnięcia robotników w walkę o odrodzenie państwa polskiego. Wielokrotnie pisała o tym, że żadne państwo narodowe nie spełni oczekiwań ludzi pracy, bo do rozwiązania ich problemów konieczna jest światowa rewolucja. Tak samo była przeciwna syjonizmowi, bo uznawała go za kolejny nacjonalizm, a nacjonalizmy prowadzą do wojen.
To wszystko ginie w naszym ogólnikowym dyskursie, w którym żywy jest kult Józefa Piłsudskiego, który walczył o Polskę, i obraz przeklętej Róży, która nie chciała niepodległej Polski. W takiej debacie z dominującą antykomunistyczną narracją, którą pielęgnowała dawna opozycja, a dziś podtrzymuje liberalna inteligencja, najłatwiej jest połączyć Różę Luksemburg z Feliksem Dzierżyńskim i Włodzimierzem Leninem.
A Róża była wielką miłośniczką polskości. Wyrażała się o niej nawet pochlebniej niż Marszałek, któremu zdarzało się mówić o Polakach bardzo nieprzyjemne rzeczy. Ona urodziła się w rodzinie żydowskiej i większość życia spędziła w Niemczech, ale tylko o Polakach mówiła „mój naród” i tylko o polskim „mój język”. Intensywnie przeżywała radość z powrotu na ziemie, gdzie spotykała Polaków – na przykład w zaborze pruskim. Pisała w listach, że czuje się odrodzona, kiedy słyszy polski język, widzi polskich chłopów i polski pejzaż. Zresztą pierwszym wyrokiem, na który została skazana, była kara grzywny za publicystykę przeciwko germanizacji Polaków w zaborze pruskim.
Na zdjęciu u góry: Pomnik Róży Luksemburg w Berlinie nad Landwehrkanal (2005)
Marek S. Bochniarz: Dlaczego chciała Pani napisać książkę o Róży Luksemburg?
Weronika Kostyrko: Na początku lat 90. – pracując w Niemczech jako korespondentka „Gazety Wyborczej” – przekonałam się, że ona jest tam cały czas obecna, żywa i bardzo dobrze znana. I to nie tylko w Niemczech, ale w ogóle na Zachodzie. W Polsce Róża Luksemburg wydaje się nawet nie tyle zapomniana, ile wymazana, wypędzona z pamięci.
Próbowałam zrozumieć to zjawisko i powody, dla których pamięta się o niej na całym świecie. Bo poza zachodnią Europą Róża jest dobrze znana w Ameryce i w Azji, wcale nie tylko w rządzonych przez partię komunistyczną Chinach. Cały czas powstają o niej nowe książki. Jest ikoną demokratycznej lewicy.
Udało się Pani dokonać w tej książce demistyfikacji wielu fałszywych informacji o Luksemburg, powtarzanych przez kolejnych autorów.
Narosło sporo mitów wokół Róży, bo stała się ona męczennicą socjalizmu po tym, jak została wyjątkowo brutalnie zamordowana. Kilka rzeczy udało mi się wyprostować. Nie wszystko da się jednak udowodnić.
Jest na przykład rozpowszechnione przekonanie, że z Cesarstwa Rosyjskiego musiała ona uciekać przed aresztowaniem z powodu działalności socjalistycznej. Ale wydaje mi się, że jest to legenda. Szukałam w źródłach dotyczących ówczesnego ruchu socjalistycznego jakiejkolwiek wzmianki o Róży Luksemburg – jest tylko jedna, we wspomnieniach Ludwika Kulczyckiego. Napisał, już po latach, że sympatyzowała z Drugim Proletariatem. Ale co to znaczy, że „sympatyzowała”? Czy konspirowała, czy może uczestniczyła w składkach i loteriach, które organizowano na rzecz działalności socjalistycznej? Starałam się dowiedzieć, jak wyglądały wtedy działalność i praktyka ugrupowań socjalistycznych. Przekonałam się, że były bardzo nieliczne i głęboko zakonspirowane. Wydało mi się niewiarygodne, żeby gimnazjalistka z żydowskiej rodziny konspirowała w wąskim gronie studentów szkoły handlowej Kronenberga, którzy założyli Drugi Proletariat. Byli to sami mężczyźni, starsi od niej o dobrych kilka lat. Moim zdaniem nastoletnia Róża nie miała kontaktów mogących ją doprowadzić do takiego środowiska. W jej rodzinie nie było żadnych socjalistów.
Wydaje mi się, że wyjechała do Zurychu, bo chciała się uczyć. Była bardzo zdolna, a w Warszawie wyczerpała już wszystkie możliwości edukacji, jakie miały kobiety. W nowszych biografiach niemieckich można znaleźć informację, że posługiwała się paszportem wydanym w Warszawie przez carskie władze. Był on potrzebny tylko do tego, aby przekroczyć granicę rosyjsko-niemiecką. Wyjechała więc legalnie, używając właśnie tego paszportu. Dlatego wydaje mi się, że barwne legendy o tym, że uciekała na plecach Marcina Kasprzaka albo ukryta pod sianem na furce jakiegoś księdza – to historie dopisane już po jej śmierci.
Rozdział poświęcony rodzinie Róży Luksemburg i Zamościowi był dla mnie szczególnie cenny, bo pochodzę z tego miasta. Dopiero po wyjeździe na studia dowiedziałem się, że ona właśnie tu się urodziła – i byłem bardzo tym zaskoczony.
Ja mogłam skorzystać z wyników kwerendy, którą przeprowadziło dwóch badaczy z niemieckiej Fundacji Róży Luksemburg. Dwa lata temu Holger Politt i Krzysztof Pilawski wydali niewielką książeczkę po niemiecku o tym, czego można się dowiedzieć o jej rodzinie z polskich archiwów. W zachodnich biografiach tych faktów brakuje bądź podawane są mylne informacje. I tak upada powtarzana w różnych publikacjach legenda o tym, że ojciec i dziadek Róży pomagali Polakom walczącym w powstaniu styczniowym. Ich historia była inna, choć nie mniej dramatyczna.
Podaje Pani bardzo ciekawe fakty, która ustaliła badaczka historii Zamościa, Ewa Lorentz, dotyczące fałszowania informacji o miejscu urodzenia Róży przez władze PRL-u. Opisuje też Pani usunięcie tablicy upamiętniającej jej urodziny w podcieniu kamienicy przy ulicy Staszica 37, skutej nocą z 12 na 13 marca 2018 roku na polecenie ówczesnego wojewody Przemysława Czarnka.
Pisząc książkę, byłam dwukrotnie w Zamościu. Tam łatwo rozpoznać miejsce, z którego została skuta tablica pamiątkowa – została jaśniejsza plama w tynku. Za każdym razem widziałam na nim napis kredą „Różę pamiętamy!”. Nie wiem, kto to robi, ale to budujące.
Ja pamiętam dość przygnębiający widok przerwanego remontu niszczejącej kamienicy przy ulicy Kościuszki 7a, a więc prawdziwego miejsca urodzin Róży.
Dom Róży obudowano rusztowaniami, ale widać, że zostały postawione już wiele lat temu. Te rusztowania już się właściwie rozpadają. Próbowałam na miejscu dowiedzieć się czegoś o losach tej kamienicy. Ustaliłam, że miała zostać przerobiona na hotel, ale kupiec musiał się chyba inwestycyjnie przeliczyć. Jest to własność prywatna, niedostępna i niemal całkowicie zasłonięta.
Cytuje Pani fragment XIX-wiecznych wspomnień warszawianki Pauliny Wilkońskiej zatytułowanych Moje wspomnienia o życiu towarzyskim na prowincji w Kongresówce, która pisała: „Miasto kiedyś musiało być ładne, w stylu włoskim budowane – dziś zrujnowane, zszarzane, zżydowione, zabłocone”. Czyli Róża Luksemburg przyszła na świat w już mocno podupadłym Zamościu.
Tak – przyszła na świat w Zamościu, który był cieniem idei jego założyciela, Jana Zamoyskiego. Miał być renesansowym miastem idealnym, z rozbudowanym programem – nie tylko architektonicznym, ale i ekonomicznym, intelektualnym, społecznym. Ta utopia jednak upadła pod różnymi ciosami historycznymi, zarazami, wojnami. Ważnym powodem był niedostatek kapitału po śmierci założyciela; bo duże pieniądze były potrzebne, by idealne miasto utrzymać.
Cytat z Wilkońskiej oddaje przy tym spojrzenie „pani z Warszawy” na Zamość. Mierzy ona upadek miasta „zżydowieniem”. Pobrzmiewa w tym antysemityzm, obecny w życiu Róży Luksemburg właściwie na każdym etapie. Konfrontowała się z nim całe życie.
Choć w Zamościu spędziła tylko trzy lata, to mnie on zaintrygował, bo w zamierzeniu Zamojskiego był społeczną utopią. A Róża też poświęciła życie utopijnej idei. Obie te utopie się jednak nie zrealizowały. Choć Zamość przeżywał na początku lata rozkwitu, to dość prędko przestał być miastem ożywionej, wielokulturowej wymiany, jakim miał być w założeniu Zamojskiego.
Gdy szukałem polskich publikacji o Róży Luksemburg, natrafiłem na wydaną w 1976 roku książeczkę napisaną przez Aleksandra Kochańskiego, utrzymaną według Pani „w propagandowym stylu szkolnych czytanek”. Potem bardzo długo nic, aż raptem rok temu nakładem wrocławskiej Oficyny Wydawniczej ATUT ukazała się Róża Luksemburg Katarzyny Gelles. Znalazłem o niej tylko dwie opinie na portalu Lubimy Czytać – jedną bardzo pozytywną, drugą negatywną. Co Pani mogłaby o niej powiedzieć?
Ta książka nie miała w ogóle reklamy i poza portalami internetowymi praktycznie żadnych recenzji. A przecież to pierwsza napisana po polsku naukowa biografia Róży Luksemburg! Długo pracowałam nad moją publikacją w przekonaniu, że nikt takiej książki nie pisze. Korzystałam niemal wyłącznie z monografii niemieckich i angielskich.
Róża Luksemburg Katarzyny Gelles to biografia polityczna; jej wrocławska autorka jest politolożką, która zajmuje się Niemcami. Książka spełnia rygory pracy akademickiej – i to jest jej siłą, bo została starannie obudowana przypisami. Wydaje mi się także naukowo obiektywna, wolna od wszelkiej publicystyki. Nie obejmuje jednak różnych obszarów życia Róży. Tylko w niewielkim stopniu wykorzystuje na przykład prywatną korespondencję. Zaskoczyło mnie również, że nie uwzględnia odkryć archiwalnych opublikowanych przez niemieckich badaczy, o których wspominałam. Być może te prace minęły się w publikacji?
Myślę, że nasze książki dobrze się uzupełniają i warto czytać je razem. Moja jest „reporterska” – zawiera różne wątki, na które nie ma miejsca w publikacji naukowej. Sporo uwagi poświęciłam na przykład emancypacji Róży Luksemburg, również w życiu osobistym – tego, jak emancypowała się w swoich związkach miłosnych, jak walczyła o niezależność i podmiotowość. Piszę o jej intensywnym przeżywaniu natury. Opowiadam więcej o emocjach, o człowieku.
Wspomina Pani, że biografię Róży Luksemburg pisał też dyrektor Żydowskiego Instytutu Historycznego, Feliks Tych, ale jej nie ukończył. Co się stało?
Tych zajmował się Różą przez wiele lat w PRL-u, gdzie Luksemburg nie była wcale dobrze widziana z powodu jej zasadniczego sporu z Włodzimierzem Leninem o demokrację i wolność słowa. Jest autorem jej obszernego biogramu w Polskim słowniku biograficznym dostępnym w internecie. Miał ogromne zasługi dla publikowania dotyczących Róży źródeł. Opracował na przykład trzy tomy jej Listów do Leona Jogichesa-Tyszki, solidnie obudowując je wstępem, przypisami i komentarzami1. To znakomite źródło historyczne, z którego często korzystałam. Słyszałam, że pod koniec życia pisał jej biografię – i po prostu zmarł.
Tych zajmował się historią ruchu robotniczego i działał w strukturach partyjnych, ale jak się dzisiaj czyta jego książki, to bardzo odbiegają one od standardu pisania o historii w czasach PRL-u. Są nieideologiczne i ciekawe, przez co i dziś bywają wznawiane nie tylko w Polsce. Wraz ze Stanisławem Kalabińskim napisał znakomitą książkę o rewolucji 1905 roku, zatytułowaną Czwarte powstanie czy pierwsza rewolucja2. Często się do niej odwołuję, bo rewolucja 1905 roku była bardzo ważna i w życiu Róży, i dla jej myśli, teorii politycznych. A Tych ją opisywał w barwny, żywy, wieloaspektowy, nieschematyczny sposób.
Bardzo żałuję, że jego biografia Róży ostatecznie nie powstała. Ale może gdyby się ukazała, to nie napisałabym swojej książki? Trochę więc żałuję, a trochę z tego korzystam.
We wstępie pisze Pani o poszukiwaniach niemieckiego lekarza Michaela Tsokosa, który w 2009 roku w warszawskim Archiwum Akt Nowych przeglądał zielniki Róży Luksemburg. Leżały sobie w zbiorach i niemal nikt o nich nie wiedział.
W niemieckiej prasie przeczytałam, że profesor Tsokos dowiedział się przypadkiem o ich istnieniu. Podobno zielniki nie były wtedy nawet ujęte w katalogach Archiwum Akt Nowych. A w Berlinie odnaleziono wówczas zwłoki, które mogły być ciałem Róży Luksemburg. Tsokos szukał w zielnikach włosa do badań DNA. W Niemczech pisało o tym wiele gazet, i to bynajmniej nie bulwarowych.
Skontaktowałam się z profesorem Tsokosem jedenaście lat później, by zapytać go, czy nadal wierzy, że tamto ciało, odnalezione w podziemiach kliniki uniwersyteckiej, należy do Róży Luksemburg. Odpisał mi jednak, że już ten temat zamknął, bo oskarżano go o szukanie sensacji. Zaznaczył, że nie udało mu się udowodnić, że to była Róża, bo nie znalazł materiału genetycznego do porównania. Ale nikomu nie udało się też udowodnić, że to nie jest jej ciało. Pochowano je jako NN.
Jak Pani myśli, dlaczego w Polsce tak ciężko jest pamiętać o Róży Luksemburg?
Przylgnęło do niej określenie „przeciwniczka niepodległości Polski”. To najgorsze, co można w Polsce o kimś powiedzieć! Cztery lata temu w oficjalnym przemówieniu wicepremier Piotr Gliński nazwał wręcz Różę Luksemburg „symbolem polskich zdrajców”. Wynika to z nieporozumienia, do którego odnoszę się w książce. Róża była przeciwniczką wszelkich ruchów i państw narodowych, które na przełomie wieków formowały się w Europie. Sprzeciwiała się dążeniom PPS-u do wciągnięcia robotników w walkę o odrodzenie państwa polskiego. Wielokrotnie pisała o tym, że żadne państwo narodowe nie spełni oczekiwań ludzi pracy, bo do rozwiązania ich problemów konieczna jest światowa rewolucja. Tak samo była przeciwna syjonizmowi, bo uznawała go za kolejny nacjonalizm, a nacjonalizmy prowadzą do wojen.
To wszystko ginie w naszym ogólnikowym dyskursie, w którym żywy jest kult Józefa Piłsudskiego, który walczył o Polskę, i obraz przeklętej Róży, która nie chciała niepodległej Polski. W takiej debacie z dominującą antykomunistyczną narracją, którą pielęgnowała dawna opozycja, a dziś podtrzymuje liberalna inteligencja, najłatwiej jest połączyć Różę Luksemburg z Feliksem Dzierżyńskim i Włodzimierzem Leninem.
A Róża była wielką miłośniczką polskości. Wyrażała się o niej nawet pochlebniej niż Marszałek, któremu zdarzało się mówić o Polakach bardzo nieprzyjemne rzeczy. Ona urodziła się w rodzinie żydowskiej i większość życia spędziła w Niemczech, ale tylko o Polakach mówiła „mój naród” i tylko o polskim „mój język”. Intensywnie przeżywała radość z powrotu na ziemie, gdzie spotykała Polaków – na przykład w zaborze pruskim. Pisała w listach, że czuje się odrodzona, kiedy słyszy polski język, widzi polskich chłopów i polski pejzaż. Zresztą pierwszym wyrokiem, na który została skazana, była kara grzywny za publicystykę przeciwko germanizacji Polaków w zaborze pruskim.
Na zdjęciu u góry: Pomnik Róży Luksemburg w Berlinie nad Landwehrkanal (2005)
- R. Luksemburg, Listy do Leona Jogichesa-Tyszki, oprac. F. Tych, t 1: 1893–1899, t. 2: 1900–1905, t. 3: 1908–1914, Warszawa 1968–1971.
- S. Kalabiński, F. Tych, Czwarte powstanie czy pierwsza rewolucja : lata 1905–1907 na ziemiach polskich, Warszawa 1969.





























